Skarpetki w sandałach Savalla, czyli "BAL-KAN: mel i sang - Els cicles de la vida".

Barcelona o tej porze roku jest rajem mimo, że temperatura i wilgotność przekraczają często wytrzymałość zwykłego człowieka. Ale czyż 

w raju też nie było upalnie i duszno? W przeciwnym razie Adam i Ewa nie chodziliby pewnie nago.

Jeśli jednak popatrzymy na cudne okoliczności wieczoru na szczycie miasta, skąpanego w gwieździstym już niebie, prawdziwe cykady

na ciepłych kamieniach greckiego teatru ukrytego w ogrodzie niczym ze snu starożytnych, to do pełni szczęścia potrzebna jest jeszcze tylko ...muzyka!

I to się udało.

 

Koncert pod dyrekcją i z udziałem Jordiego Savalla

"BAL-KAN: mel i sang - Els cicles de la vida" był festiwalem kolorów i barw tradycyjnej muzyki bardzo wielu narodów i regionów. Dobrze,

że on, sam grający także tego wieczoru na violi, nie ogranicza się do ukłonów i ciekawiej nieznane obszary muzyki. Inna sprawa, że jego płytoteka wyczerpała już chyba dawno wszelkie możliwości repertuarowe tzw.muzyki dawnej.

Obok Savalla i Hesperionu XXI wystąpili więc także soliści, m.in.Tcha Limberger z Rumunii, absolutnie

fenomenalny skrzypek i śpiewak, którego improwizowanych popisów niestety próżno szukać 

na płycie "BEL-KAN: mel i sang", a który przy publiczności, której choć ze względu na swoją ociemniałość 

nie może zobaczyć, a jedynie słyszy

i czuje, rozkwita pomysłami i pasją, zalewającą wszystkich wokoło. Jego De man daje molte piau porwało publiczność do tego stopnia,

że chociaż pojawiło się na początku koncertu, to przerwało go na dobre kilkuminutową gromką owacją.Niesamowita energia tego muzyka porywała też, co było słychać, niejednokrotnie takich starych wyjadaczy jak muzycy Hesperionu. Taka muzyka udowania

mi, że słuchanie płyt jest często zaledwie odpryskiem tego, czego doświadczyćmożemy idąc na koncert.

Poza Limbergerem zaśpiewali także Stoimenka Outchikova-Nedialkowa (Bułgaria), Amira Medunjanin (Bośnia) i Turek Gursoy Dincer wraz z Greczynką Kateriną Papadopoulou.

Szczególne wrażenie wywarła na mnie Bułgarka, która w ludowym kwiecistym stroju i kobiecych kształtach całą sobącudnie i spokojnie prawie sennie spiewała Kadona sedi v bahcona, gdzie w bardzo prostej harmonii ukryte było piękno tradycyjnych pieśni bułgarskich, przetykane ćwierćtonami

i melodyką, wprowadzającą nas ze środka i zachodu Europy w poruszenie i zaciekawione zasłuchanie.

Amira Medunjanin oprócz mocnego aksamitnego głosu, przypominajacego mi nieco barwę altówki, miała też ...spódnicę, przez którą trzy czwarte koncertu nie mogłam skupić się na tym, co śpiewała

i mało brakowało, żebym po jego zakończeniu powstrzymała się od wtargnięcia za kulisy (widoczne dla słuchaczy!) z pytaniem: kobieto, cudnie śpiewasz, ale skąd wzięłaś ten materiał???

Spódnica bowiem skrzyła się przy najdrobniejszym ruchu w zagięciach materiału ferią jakby tysięcy diamentów prosciutko od Tiffaniego. Cud nie spódnica. Kobiety mnie zrozumieją.

Ale wracając do meritum. Oprócz popisów wokalnych Savall przewidział też tego wieczoru improwizacje

i taneczne opracowania instrumentalne m.in. z Serbii, Węgier (kłóciałbym się jednak czy

to Bałkany) i Armenii. Szczególnie ciekawe były instrumentalne popisy (bardzo własciwe słowo) Bora Dugicia, który kążdorazowo po swoim występie kłaniał się długo i nisko, co w widoczny sposób sprawiałao mu wielką przyjemność, a co z kolei Savalla wprowadzało w lekkie zażenowanie, choć jak

to on, zwyczajowo pozostawał marmurowo niewzruszony i elegancki w swej katalońskiej(tak, to bardzo ważne! Nawet jedno słowo tego wieczoru nie zostało tam wypowiedziane po hiszpańsku) elegancji

i dumie.

 

Poza fletami z Dugiciem na czele grała jeszcze cała kapela rodem

z cygańskiego taboru - skrzypce, dwa kontrabasy, akordeon i wiele innych instrumentów, które przekonały mnie,że domuzyki Balkanów będę musiała jeszcze wrócić. Tytułowe miód i krew, z zapowiedzi programu, oddają świetnie bogactwo piękna kultury, ale i bólu tego regionu, naznaczanego niejednokrotnie w historii cierpieniem i krwią własnie.

 

Program był bogaty i ...pękaty. Dla mnie samej, choć porywający i piekny, nieco za długi. Poszłabym jednak na ten koncert raz jeszcze i niewykluczone, że jeśli Savall zajrzy do Paryża 

ze swoją balkańską ekipą kupię bilet raz jeszcze.

 

Zerkam na bieżący kalendarz występów Savalla: ten człowiek poza muzycznym nie ma chyba innego życia. Ale to w sumie dla nas dobrze. Podkochując sie w tym, co robi, mogę nawet wybaczyć mu urocze bawełniane skarpetki, które przywdział do sandałów tego wieczoru. Wiem, co mowię, siedziałam dwa metry od niego.

 

Please reload

© 2014 by mE. Proudly created with Arte Nova. 

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now